Translate

piątek, 24 maja 2013

Relacja Gdańsk-Lublin-Gdańsk (część I)

Nigdy wcześniej nie miałem okazji skorzystać z usług linii Eurolot, ale wreszcie to odrobiłem! W piątek 24 maja 2013 odbył się lot prasowy z Gdańska do Lublina i z powrotem. Celem tego lotu było przewiezienie dziennikarzy na konferencję prasową poświęconą promocji lotów na Lubelszczyznę.
Miałem okazję uczestniczyć w locie i konferencji jako dziennikarz Radia ESKA Trójmiasto, Spotterów Polskich, no i oczywiście Lotniczej Północy.
Stawiliśmy się na lotnisku im. Lecha Wałęsy w Gdańsku około godziny 9:00, półtorej godziny przed planowym odlotem. Szybkie i sprawne przejście przez odprawę i ustawiamy się w poczekalni. Przed terminalem stoi bialutki, czysty i zatankowany ATR 72-202 SP-LFE linii Eurolot, lot K2 703.
Rząd przed nami siedzi grupa dziennikarzy z Trójmiasta. Kamery, aparaty, mikrofony... słowem czekają na kolejną konferencję, ale tym razem poprzedzoną darmowym lotem. W planie będzie też jedzenie, czyli praca all inclusive. Nie wiedzą jeszcze co szykuje drobna, aczkolwiek niebezpieczna konkurencja...
Dokładnie o 10:05 dostajemy informację o przejściu do bramki numer 13. Pechowa liczba – myślę, ale żartobliwie, bo nie jestem osobą przesądną. Od razu po wejściu do busa pushback wypycha stojącego obok nas Airbusa A320 linii Wizzair. Port w Gdańsku tętni życiem. Właśnie wylądował drugi ATR 72 Eurolotu, tym razem jest to SP-LFA. Zatrzymuje się tuż obok naszego LFE.
Bus rusza, jedziemy powoli w stronę terminala T1 i tuż przed nim skręcamy w prawo, wjeżdżamy na płytę. Autobus zatrzymuje się, żeby przepuścić Wizzaira. Leci do Sztokholmu. Podziwiamy kołujący kilkanaście metrów od nas samolot. Jedziemy dalej w stronę naszych ATRów. Stoją pośrodku płyty przed terminalem T2. Zatrzymujemy się między nimi. Drzwi się otwierają i wysiadamy przed SP-LFE. W drzwiach stoi uśmiechnięta stewardessa zapraszająca do środka. Wchodzę jako jeden z pierwszych pasażerów i od razu informuję stewardessę o tym, że ja to ja. Tłumaczę o co chodzi... Podczas załatwiania lotu z rzeczniczką Eurolotu udało nam się (w zasadzie bezwiednie) załatwić dla mnie lot w kokpicie. Kapitan się zgodził, więc mogę spokojnie ładować się na pokład.
Idę na dziób samolotu, gdzie steward Marcin wprowadza mnie do kokpitu, tam witam się z załogą-Kapitanem Sergiuszem i panią pierwszy oficer Agnieszką, która pokazała mi co i jak w kokpicie.
Rusza procedura uruchamiania silników - check-listy, procedury, komunikaty. Jestem zbyt podekscytowany, żeby robić jakiekolwiek zdjęcia. Samolotem trzęsie przez chwilę, a potem już słychać miarową pracę obu silników - maszyna jest gotowa do lotu. Wszystkie procedury zakończone i rozpoczynamy kołowanie. Przed nami CRJ-900 linii SAS odlatuje do Kopenhagi. Pogoda nie jest może idealna, bo pochmurno, ale nie pada. Po kilku minutach jesteśmy na progu pasa, mamy zgodę na start i ruszamy.
Silniki osiągają pełną moc startową. Na wysokości hangaru odrywamy się od pasa. Jest 10:35. Planowana wysokość to 18 000 stóp, jednak po osiągnięciu tej wysokości prosimy o wzniesienie na 20 000. Wieża pozwala. ATR wznosi się jeszcze chwilkę. Warszawa Radar informuje o Su-22 na naszym FL, ale nie widać ich przez gęste chmury. Słońce nie wyszło ani na chwilę.
O 11:20 nawiązujemy pierwszy kontakt radiowy z Lublinem, aby spytać o warunki pogodowe. Mamy dwie warstwy chmur na 600 i 1200 stóp, do tego deszcz, widoczność 3km i wiatr 9 węzłów z kierunku 310. Ciekawie nie jest, ale lądowanie będzie bezpieczne i nie powinno być wielkim problemem. Przecież w taką pogodę lata się często w Polsce. Po kilku minutach na systemie TCAS widać Wizzaira lądującego w Warszawie-lecimy blisko Okęcia, ale nie widać go przez zachmurzenie. Szkoda...
O 11:40 zaczynamy zniżanie z poziomu 20 000 stóp, a 5 minut później przechodzimy już na całkowitą komunikację z Lublinem. Pogoda się pogarsza, zaczyna padać śnieg, który przechodzi w deszcz. Kapitan włącza radar – ekran cały zielony od deszczu. Włączają się wycieraczki. Wieża Lublin daje nam zgodę na lądowanie VOR/DME na pas 25. Lecimy coraz niżej, a pasa nie ma... ziemi też. Dopiero na wysokości 600 stóp nad ziemią pojawiają się przebłyski pól i lasów, parę sekund później widać światła lotniska. Jesteśmy ciut pod ścieżką, ale to zostaje momentalnie skorygowane.
Lądowanie jest dość miękkie, ale samolot ślizga się po pasie. Nie są to duża odchylenia, ale można je wyczuć. Mijamy zjazd na płytę postojową, zawracamy na pasie i kołujemy pod terminal. Jakby nam było mało wody to witani jesteśmy salutem wodnym z wozów strażackich. Kontroler lotów ładnie to podsumował: Jakby wam wody brakowało. Oczywiście reakcją wszystkich w kokpicie był szczery śmiech.
ATR zatrzymuje się pod terminalem lotniska, gdzie czeka na nas ekipa z aparatami. Silniki stają a pierwsi pasażerowie już opuszczają pokład. Ja zostaję jeszcze chwilę, po czym również opuszczam kokpit. Żegnam się z załogą i wychodzę z ATRa wprost na mokrą płytę postojową mając tą wściekłą satysfakcję, że nikt dziś nie posiada zdjęć ani z kokpitu ani tym bardziej nie leciał z kapitanem...

1 komentarz:

  1. Ciekawy lot i jakie piękne przyjęcie ze strony urzędników z Lublina, wspaniała przygoda! :)

    OdpowiedzUsuń